o czym myśli smutnooka młodzież?

Czerwiec 4, 2012 § 1 komentarz

teraz:

On śpi, ja się uczę.
tworzę w głowie liste ksiazek filmow miejsc must-feel, gdy juz bede lzejsza.
myśle o Opcji na wspólne wakacje.
mysle o mysleniu.

TeRaz:

„moja bogini Nike” – slysze nad glowa schowaną w Jego haczykowatej bluzie.

parę minut później dochodzi do mnie mimochód słów.

TERAZ:

„- (…) utoniesz w tym ze mną
– nauczymy się plywac”

i mowie to ja, Ms. Nobody.

czekam na wiatr, co rozgoni…

Maj 27, 2012 § Dodaj komentarz

równoimienne magnesy się odpychają, tak było w fizyce, prawda? – trafia mama, chociaż nie na temat; myślę, że moje wnętrze nie jest rzeczywistością, zasady dynamiki, przyciągania i odpychania tu nie zachodzą. nie jestem na tyle prosta, by mnie określić równaniem. tu się nic nie równa, dodasz dwie liczby dodatnie, wyjdzie ujemna. i przede wszystkim: ja determinuję, decyduję, co, kogo odepchnąć. a że moja decyzyjność zalękniona, a że zalęknienie paniczne. a że paniczność nielogiczna…
i odczuwam miłość do całego świata, za to, że znowu światem jest. nie piekłem, nie obozem koncentracyjnym. za to, że już nie śnię w Belsenie.

a z drugiej strony lustra: dziękuję za wszystkie nie-czasy, za hartowanie, za podnoszenie się. tyle wiemy, ile nas sprawdzono. może zatem wiem wiele? wiele o jednym, o tym, że cokolwiek by się nie działo, zawsze wracam do pozycji pionowej, do bycia człowiekiem. czasem tylko trudno jeszcze złapać równowagę; ale w końcu nauczyłam się jeździć na rowerze, mając 10 lat; to może w początku nauczę się utrzymywać równowagę życia w wieku 20?
dziękuję za własną siłę, za wiarę w dokopywanie się do własnej wody, do własnego wnętrza, do mnie sprzed. za samowystarczalność. za nieingerowanie obcych ludzi w moją psychikę, choć mi to proponowano (chyba nie zapomnę psychologa w podstawówce, wypraszającego mnie z klasy, publicznie, pytającego za drzwiami marto, Twoja mama mówiła, że coś się złego z Tobą dzieje; wszystko w porządku? mój radosny uśmiech: a co miałoby się dziać, tak, wszystko w porządku, dziękuję, zagryzam wargi od wewnętrznej strony). dziękuję sobie za umiejętność uciekania, już od tego momentu w zerówce, gdy wyrywam się z dłoni Taty, i uciekam dwa kilometry przez las do domu; nieistotka, która się stała istotą mnie.

ale wiem też, że to jest zbyt duża cena, za łzy szczęścia Mamy, gdy mówię, ile jej zawdzięczam. że jakby nie Ona, to kto wie. nie chcę już wyłaniać szczęścia z takiego kontrastu. świat jest prosty i słucha prostych próśb, więc: chcę Dobra.

(słucham ukochanych utworów wg statystyk lastowych; styczeń 2009 nie wydawał mi się tak pogodny, a  mam same ciepłe barwy dźwięków; stanę wtedy na raz, ze słońcem twarzą w twarz, maj 2012, masz mnie taką na zdjęciu)

belsen.

Maj 24, 2012 § Dodaj komentarz

belsen.

i że można wrócić i żyć*.

(równo rok, zaczynają się czasy analogowe, a analogicznie podchodzimy już wtedy do siebie milimetrami; zaczynają się porównywania do S., za cztery miesiące zapytasz, co szklany klosz robi na wygiętym krzywym pniu drzewa**; za rok odpowiem, że chyba widzisz, że i ja mam w swym mózgu obóz koncentracyjny. nadal boję się używać formy przeszłej – ot, stygmaty przeszłości)
_____________
* [w:] Sylvia Plath, Listy do domu, Czytelnik 1983; biblioteka założy na mnie kiedyś tekę (sądową) za te wszystkie pożyczone książki; wtedy: siedzę po maturach w bibliotece, szukam się.

** Sylvia Plath, Szklany klosz, Zysk i S-ka, Poznań 1995; przesyłanie książek pocztą od osób, których zna się tylko Pisanie, których te książki inspirują (inspirują?); macham najserdeczniej Rasp.

P.S. Niniejszym inicjuję wątek wątku najważniejszych książek w moim życiu, i ich niewątkpliwego wpływu na wątek główny.

piosenka o śmiesznym tytule

Maj 23, 2012 § 2 komentarze

Pewnie sprawiam wrażenie, że w moim umyśle są t y l k o kamienie nerwowe. A prawdą, że pod Naszym szklanym kloszem są takie, ale idealnie w luki wpasowują się kamyczki szczęścia. Takie w kształcie serca, które udało Nam się złapać na Babich Dołach i takie z dziurką, które odnalazły nas w Mechelinkach. Takie, które udało nam się rozgrzać ciepłem wspólnej Dłoni.

Takie, których ostre kanty udało się oszlifować falami.
Dźwiękowymi.

Przypływ fal wdzięczności (a raczej dźwięczności, gdy staram się wypowiadać dobro; przypływ i wlew i już zbieram osoby tak bliskie, by je na krótkie fale radiowe przywołać tele-portem).
Jestem dźwięczna za Najlepszą Z Mam. Otulam Ją ciepłem słodkowodu myśli, choć nie umie pływać, choć nie umie pływać w moich dobrych nastrojach, choć nie nauczyłam pływać z powodu suszy. Choć Ona wyciągała mnie z największych zalań silnika; choć wierzyła we mnie, kiedy ja nie wierzyłam w nic; choć wciągała mnie na wieżę i bynajmniej nie na wieżę samotności.

Jestem dźwięczna za nowo poznane uczucie ciągłości, kiedy czytam listy od I. sprzed równo dwóch lat, i nadal widzę w nich siebie i Jego. Jestem dźwięczna, gdy Agnieszek nadal się na mnie wkurza, że nie odpisuję, a nie znika. Jestem dźwięczna, gdy Aga Najmłodsza stara się mnie doprowadzić do pionu i tłumaczy świat. Jestem dźwięczna za Natalajkę, krzyczącą na mój widok Mateuszaaaak! z radością pomiędzy „a”, a Hogwart roznosi w sobie tylko dźwięk „…Uszak!” (co w sumie też pasuje). Jestem dźwięczna, że nadal wszyscy Jesteśmy, choć częściej bywamy (duchami). Jestem dźwięczna za zaczepki, za wszystkie niewidzialne czyny (dobroczynność ma w podstawie czyn, a jako parafrazę można wpisać ‚bycie dobrze czynnym’, zanotuj), darmowe połączenia międzyumysłowe, trzymanie się nawzajem na pajęczynie myśli.

Jestem dźwięczna za własną siłę odnawialną; za dawanie sobie spokoju, który nie oznacza odpuszczenia sobie. Chyba, że grzechów. Jestem dźwięczna za staranie się niewyświetlania na twarzy innych emocji, niż są wyryte na korze mózgowej. Bo teraz, Teraz, mogę cieszyć się każdą synapsą, kapilarą, tkanką (już) gładką.

I jestem dźwięczna, za Tego, Który Pokazał Dźwięczność, za Tego, dzięki któremu znowu śpiewam (dosłownie, dousznie), za Tego, który pokazuje co dzień, jak się łapać słowa i jak mam nie zwariować, za Tego, Który przygotowuje kanapki z miłością o 3 nad ranem, gdy zaraz wychodzimy na mój pociąg, a przecież mam inicjały MM i jes­tem sa­molub­na, niecier­pli­wa i trochę niepew­na siebie. Po­pełniam błędy, tracę kon­trolę i jes­tem cza­sami ciężka do zniesienia. za to jest cholerna pewność.

 Jestem dźwięczna także za piasek-nie-w-oczy, za drobinki szczęścia zauważane pod światłem szczęścia: z godziny przeznaczonej na wyjście – 50 minut piszę; odrabiany wf jako spacer w Botaniku, przypadkowy deszcz kropel na włosach, najmilsza pani wykładowczyni ostatnich lat. że dziewczyna za mną mówi o ostatnim zwiedzaniu bunkrów na Helu – a przecież równo 24h temu robiłeś mi zdjęcie pod nazwą miejscowości na dworcu, robiłeś zdjęcia huśtających się nas, wchodzących na drzewa, leżących w kadrach tego filmu. jakieś dziewczyny uczące się psychologii, myśl, że za rok się postaram tam dostać, za trzy będziemy się uczyć wizualizować szczęście w szkole filmowej, myśl, że robię to, co uwielbiam, myśl, że aktualnie mam najlepsze warunki do rozwoju, rozkwitnięcia. odurzanie się szczęściem – a wszystko za darmo, bez procentów, bez środków chemicznych, potrafię zrobić z własnego umysłu najlepszy afrodyzjak, potrafię zrobić z niego najgorszy narkotyk. ale nie będę już dźwiękoszczelna.

bittersweet melodies (20.04 – 15.05)

Maj 19, 2012 § Dodaj komentarz

dlatego, że mnie nie chcesz wypalę na raz siedem paczek papierosów superlights mentolowych, myślę świetlickim, dlaczego świetlicki nie myśli o tym, że tworzy sytuacje (mało) liryczne, które tworzą moje życie, mniejsza, odpalam, siedem paczek staje się niemożliwością, duszę się dymem i własną żałosnością. Ty jesteś mój tlen z pomiędzy słów o Twojej równoczesnej duszności (i Feist śpiewająca w tym momencie: birds are telling me stories, saying you were meant for me, magia, magia). a ja jestem głupia.

***

pachniesz opuszczonym dworcem berlińskiego metra – mruczy mi w obojczyki, a głowa mruczy obawy o nieopuszczenie mojego ciała zapachu opuszczenia. zapachu strachu przed opuszczeniem. może z niegdysiejszym stemplem odrzut przykleił się do mnie, jak mój zapach do Naszej pościeli?

***

jestem w Pewnym Miejscu, patrząc z daleka na Miejsce, w którym trzymałam dłoń Kogoś Innego, myśląc – wtedy – o byciu w Miejscu, z którego patrzyłam – teraz – z dłonią w Twojej dłoni. i już wiem, że to nic więcej niż bergsonowa teoria „trwania” świadomości i nakładania się obrazów na siebie. jak w filmie 3D, tylko bez okularów anaglifowych.

coraz częściej myślę, że jestem na filopolo, by umieć nazwać niektóre przebłyski w głowie i ich projekcje w rzeczywistości. by nauczyć się nie nadinterpretować, bo skoro fakty nie istnieją, a jedynie interpretacje, to faktem jest, że problemy nie istnieją, tylko nadinterpretacje. najgorsza jest niewiedza, więc zło nazwane nie jest złem.

zapaść

Kwiecień 18, 2012 § Dodaj komentarz

nie żyje usłyszane sekundę przed wejściem do lekarza jak moment rozszczepienia rzeczywistości, próg drzwi jak linia demarkacyjna światów. moja walka kontra jej poddanie się. moje mówienie, bolenie, czucie-nie versus… i staram się nie myśleć o leżeniu, gdy pani sprawdza rytm mojego serca, staram się oddychać szparą pod ciężarem, staram się nie zapaść kręgosłupem w łóżko, staram się nie mieć zapaści, chociaż powinnam się zapaść jak w tym niegdysiejszym teleturnieju, gdzie po złym ruchu otwierała się podłoga pod uczestnikiem.

quo vadis, domine?

Marzec 21, 2012 § 1 komentarz

czasem przychodzą (piszę tak, jakbym była obyta w ich przychodzeniu), czasem przychodzi taki dzień, w którym trzeba wygrzebać stare mapy, rozkłady jazdy, bilety. przejrzeć trasy, zastanowić się, który skręt był tym decydującym. przeprogramować gps’a z trasy, która jest najkrótsza, ale prowadzi na skraj, i to przez Twoją osobowość.

i chociaż to Cię już nie rusza – jesteś setki kilometrów poza tym – to przecież nie wymażesz pierwszych czy drugich podróży palcem po mapie swojego ciała. synaps. neuronów. mięśni poprzecznie prążkowanych.

nie mogę dłużej jechać na auto-pilocie niszcząc wszystkie ściany swojego ciała, serca i umysłu. (serca – bardzo dosłownie). może trzeba jako cel podróży należy wskazać siebie, a po drodze pomagać ludziom, którzy na niej chcą być? 

nie mogę dłużej poruszać się bez układu współrzędnych. bez określenia jaka podziałka na topografii mojej duszy jest stosowana. w którym momencie zaczyna się kilometr przyjaźni. kiedy wrzucić wyższy bieg, by nie trzeć własnego silnika. 

siedzę na skraju załamania, machając nogami.